Wyprawa na Pradziada 1492, Czechy
Garść statystyk:
| Trasa | KM |
|---|---|
| Gierałcice - Głuchołazy - Hermanowice - Vrbno p. Pradedem, Karlova Studenka - PRADED 1492 - Karlova St - Jesenik - Głuchołazy - Gierałcice | 119 |
Zobacz na mapie!

Idź w galerii!
Był to już nasz trzeci rajd, mimo tego obawiałem się tej wycieczki. Był to mój pierwszy wypad rowerem poza granicę kraju, a cel podróży - góra Pradziad (Praded, 1492 m n.p.m.) z pewnością nie była łatwa do pokonania. Jak wcześniej słyszałem, prowadzi na nią 6 km stromego, choć asfaltowego podjazdu i wjechanie na nią jest już pewnym wyczynem.
Tym razem nie jechaliśmy sami. Towarzyszyli nam: Dezy - brat Dawida, ze swoją żoną - Kamilą, kolega Dezego z klubu - Michał,
oraz dwaj moi znajomi - starszy Michał i rok młodszy Tomek. Więc stworzyliśmy grupę 7 osób. Sama ta myśl dodawała mi otuchy,
ponieważ w tej grupie znalazłem osoby mniejszego doświadczenia:)
Plan był taki: trzymać się razem aż do podnóża góry, natomiast podjazd pokonywać na miarę swoich możliwości, swoim tempem.
Innej możliwości nie było, patrząc na różnorakie przygotowanie kondycyjne uczestników wyprawy.
Pierwszy poważny problem pojawił się na samym początku, gdy w umówionym miejscu spotkałem się z Michałem. Michał miał
problemy z pożyczeniem roweru i ostatecznie udało mu się go zdobyć. Był to... stary, ciężki, 3-biegowy rower-damka no name..
Wbrew temu Michał chwalił przede wszystkim komfort jazdy i mówił że jedzie się bardzo dobrze. Jednak taki rower nie nadawał się
na pokonywanie 100-kilometrowych odległości, a przede wszystkim tak stromych podjazdów. Pojechaliśmy razem 7 km na miejsce
spotkania z Dawidem i Tomkiem. Już po przejechaniu tego odcinka wiedziałem że na tym rowerze Michał pojechać nie może. Ale
rozwiązać ten problem nie było łatwo, była godzina 6:00. Okazało się że Dawid dysponuje jeszcze jednym rowerem, ale był to rower
Darii, jego żony (a mojej siostry:) - również ciężki i damka, ale przynajmniej już nie no name i 21-biegowy. Więc ten problem został
częściowo rozwiązany. Na zdjęciu po prawej widzicie Michała wraz ze swoim wechikułem:) Zjawił się spóźniony Tomek, załadowaliśmy 4 rowery na poloneza i pojechaliśmy do Ozimka. Było to miejsce
spotkania z Dezym i Kamilą. Okazało się że do grupy dołączył Michał - kolega Dezego. Tak jak Dawid dosiadał Authora C2003.
Cały ten czas strasznie się przedłużał, więc chcieliśmy jak najszybciej wsiąść na rower. W końcu dojechaliśmy do
Głuchołaz, stamtąd do Gierałcic, gdzie mam znajomych u których planowaliśmy zostawić auta.
Nareszcie nastąpił ten upragniony moment, kiedy ruszyliśmy. Wróciliśmy do Głuchołaz i przejściem w Konradowie przekroczyliśmy
granicę. Już przez pierwsze kilometry zauważyłem, że Tomek i Michał - kolega Dezego prą do przodu ostro, widać - dobra
kondycja, natomiast największe problemy miał Michał, który początkowo trzymał się z tyłu wraz z Kamilą, później zostawał jeszcze
bardziej w tyle. Pojawił się pierwszy porządny podjazd na Hermonowice. I tutaj pierwszy szok, Michał (C2003) łamie się, cały
oblany potem, momentami schodzi z roweru i odpoczywa lub go prowadzi.
Klnie że wszystko przez papierosy, co jest całkiem
możliwe ponieważ znalazł się wśród grupy niepalących, widocznie o większej wydajności płuc. Podobnie jest z Michałem,
którego jest to pierwszy rajd, ale w porównaniu z Michałem, który działa w kttk Amator w Ozimku radzi sobie wybitnie dobrze.
Do przodu wyskoczył Tomek, który poczekał na resztę grupy na szczycie. Dla mnie podjazd okazał się całkiem przyjemny,
dobra rozgrzewka przed Pradziadem.
Kolejny odcinek okazał się już zdecydowanie łatwiejszy. Prowadził Dezy, który znał tą trasę bardzo dobrze, ponieważ na Pradziadzie
był już dziesiąty raz, w tym dwa razy robiąc prawie 300 km w ciągu dnia. Zatrzymaliśmy się wszyscy w Karlovej Studance, gdzie zjedliśmy
pizzę i chwilę odpoczęliśmy. Przed nami upragniony cel podróży - Pradziad.
Jak się okazało, wjechanie na niego sprawia wiele problemów, 6 kilometrów jazdy na najlżejszym, lub prawie najlżejszym biegu
daje się we znaki podczas godziny wjeżdżania. Ostatecznie Dawid wjechał pierwszy, z czasem ok. 50 minut, dopiero 13 minut
później na szczycie pojawiłem się ja, a po 2-3 minutach Tomek. Zdziwiliśmy się, gdy wkrótce zobaczyliśmy Michała, który
wcześniej mówił, że nie da rady wjechać i da sobie spokój z górą. Twardziel jednak. Zaraz też po nim wjechała Kamila i
dotrzymujący jej towarzystwa Dezy, którego rwało do przodu, ale postanowił holować Kamilę. Odpoczęliśmy na górze, porobiliśmy
zdjęcia i wreszcie zdecydowaliśmy się zjeżdżać, ponieważ zbyt długo czekaliśmy na kolegę Dezego, który się wciąż nie zjawiał na
szczycie. Ostatecznie jednak udało mu się tego dokonać:)
Pozostała nam już ostatnia część wycieczki. Powrót do Gierałcic. Wprawdzie oznaczało to pokonywanie kolejnych podjazdów, min. pod Małego Dziada, ale odprężeni nie mieliśmy żadnych problemów z ich przejechaniem. Dostaliśmy się do Jesenika przez Belę pod Pradziadem i nastąpił kolejny kryzys, tym razem w kondycji Kamili. Razem z Dawidem zdecydowaliśmy, że pojedziemy szybciej, do Gierałcic, zabierzemy auto i wrócimy na granicę, gdzie będzie na nas czekać reszta. Wspaniały odcinek, lekki zjazd, prędkość stale powyżej 30 km/h, miejscami 40 km/h. Jak przyjechaliśmy do Gierałcic, było już ciemno. Zabraliśmy auta i wracając natknęliśmy się na Michała i Tomka, którzy jednak przekroczyli granicę i niewiele im brakowało do końca podróży. Był to duży wyczyn dla Michała, który pierwszy raz w życiu przejechał ponad 100 km. Załadowaliśmy się wszyscy do aut i wróciliśmy do Gliwic. Byliśmy tam koło północy, Tomka odstawiliśmy pod sam dom. Był to koniec wycieczki.