Wyprawa po Jurze Krakowsko - Częstochowskiej
Garść statystyk:
| Dzień | Trasa | KM | Parki Narodowe | Zwiedzone Zamki |
|---|---|---|---|---|
| 1 | Częstochowa - Olsztyn - Suliszowice - Ostrężnik - Łutowiec - Mirów - Bobolice - Rzędkowice | 80 | - | 8 |
| 2 | Rzędkowice - Podzamcze - Pilica - Udórz - Smoleń - Ryczów - Bydlin - Rabsztyn - Pieskowa Skała | 123 | - | 8 |
| 3 | Pieskowa Skała - Ojców - Biały Kościół - Korzkiew - Modlnica - Zabierzów - Rudawa | 52 | 1 | 3 |
| suma | 255 | 1 | 19 |
Zobacz na mapie!

Idź do galerii!
Przejdź do:
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3
Z czym nam się kojarzy Jura? Z pewnością z białymi skałami wapiennymi malowniczo porozrzucanymi po wierzchołkach wzgórz.
Doskonale zachowany świat roślin i zwierząt oraz nietuzinkowe widoki są wspaniałym tłem do uprawiania aktywnej turystyki na tym
terenie. W sezonie letnim skały są oblężone przez amatorów wspinaczki, natomiast drogi - przez turystów kolarzy. Jeszcze inna,
bardzo liczna grupa turystów spędza wiele czasu w okolicy. Są to grotołazi, mający do dyspozycji ok. 1500 jaskiń i schronisk.
Charakterystycznym elementem Jury są zamki - najgęściej rozmieszczone budowle tego typu w Polsce. Niektóre z nich, tak jak
Ogrodzieniec, Pieskowa Skała, Rabsztyn są tłumnie odwiedzanie przez turystów, inne natomiast - Przewodziszowice, Suliszowice
czy chociażby Morsko są tak trudno dostępne, że trzeba wielu wskazówek by tam dotrzeć. Ta wycieczka została poświęcona zamkom
Jury - oglądając mapę tego rajdu można zauważyć tendencję do jeżdżenia od zamku do zamku:) Ale zacznijmy od początku..
Właściwie każda wycieczka zaczyna się dla nas tak samo - na dworcu w Gliwicach. Tym razem pojechaliśmy do Częstochowy,
z przesiadką w Katowicach. W Częstochowie byliśmy o godzinie 8, pojechaliśmy najpierw na Jasną Górę obejrzeć
Sanktuarium, jednak chcieliśmy jak najszybciej wydostać się z miasta, toteż koło 9 wyjechaliśmy do Olsztyna. Tutaj - pierwszy
piękny zamek na naszej trasie wysoko górujący ponad miasteczkiem. Zrobił na nas naprawdę dobre wrażenie. Żeby się dostać na
zamek zapłaciliśmy cegiełkę 1 zł na konserwację zamku i z rowerami udaliśmy się na górę. Ze wzgórza zamkowego roztacza się
ładna jurajska panorama. Kolejny przystanek miał miejsce w Suliszowicach - niewielkiej wsi, gdzie
według mapy miała się znajdować strażnica z XIV wieku. Na miejscu okazało się że ruiny strażnicy znajdują się na prywatnej
posesji. Ponieważ nie mieliśmy czasu i chęci szukać i pytać się gospodarzy o te kilka kamieni, więc pojechaliśmy dalej. Chwilę
później szukaliśmy ruin następnego zamku - w Ostrężniku. Dzięki tablicom informacyjnym przy szosie nie mieliśmy problemów ze
znalezieniem go. Ruiny tego zamku znajdują się w samym lesie, na wzniesieniu. Isnieją przypuszczenia, że był on kryjówką zbójców.
Idąc tam, przechodzi się obok niewielkiej jaskini z interesującymi naciekami. Nieopodal jest bar, w którym można zaopatrzyć się w okolicznościową pieczątkę.
Następny odcinek nie należał do najprzyjemniejszych. Pojechaliśmy leśną ścieżką rowerową w stronę Przewodziszowic (k. Żarek).
Niestety, trasa okazała się wybitnie piaskowa przez co musieliśmy momentami przeprawiać się pieszo. Najgorzej miał Dawid,
ponieważ jechał na cienkich oponach, ja natomiast na góralu, więc mogłem poszaleć. W lesie zaczął siąpić deszcz a piasek zamienił
się w błoto. Zatrzymaliśmy się pod drzewem. Pobiegłem z aparatem w ręku obejrzeć ruiny zamku w Przewodziszowicach, a Dawid
znowu czekał z rowerami. Wjeżdżając do Żarek pojechaliśmy na wschód - Łutowiec. Wprawdzie są tam ruiny zamku, ale
odszukanie ich zajęło by nam zbyt dużo czasu, a wg opisów są w gorszym stanie niż Przewodziszowice:) Za to w oddali
widzieliśmy kolejny zamek, który przyciągał nas do siebie jak magnes. Mirów. Wejście na dziedziniec zamku jest ograniczone kratami,
jednak nie stanowią one dużej przeszkody;) Po dokładnym obejrzeniu zamku z wszystkich stron, zeszliśmy niżej, do pobliskiej
restauracji na obiad. Deszcz stale padał a Dawid złapał kryzys i zaczął przysypiać na ławce. Po pewnym czasie zmobilizowaliśmy
się do dalszej jazdy.
Do Bobolic mieliśmy zaledwie 2 kilometry nieasfaltową, dziurawą drogą. Okazało się że zamek jest zamknięty, i przypomina bardziej plac budowy niż zabytek. Aktualny właściciel zdecydował się na odbudowę zamku. Prawdopodobnie chce zmienić go w hotel i restaurację, kosztem malowniczych ruin. W pobliżu zamku znalazł się jeden pracownik, który za drobną opłatą, choć bez wiedzy właściciela, udostępnił nam zamek do zwiedzania. Jednak chodzenie po budowie nie było zbyt przyjemne. Jadąc na południe pod koniec dnia dotarliśmy do Rzędkowic. Po grodze mijaliśmy zagęszczone w tej okolicy skałki wapienne. Zatrzymaliśmy się w szkolnym schronisku, za 18 złotych dostaliśmy dwa łóżka z pościelą, kuchnię oraz ciepłą wodę w łazience. Nasze rowery po dzisiejszym dniu wyglądały tragicznie; oblepione były błotem i piaskiem, dlatego przed kolacją dokładnie je umyliśmy i przygotowaliśmy do jutrzejszej jazdy. Dbanie o sprzęt jest sprawą pierwszorzędną.
Pogoda tego dnia była dużo lepsza niż wczoraj. Od samego rana świeciło słońce.
Z Rzędkowic wyjechaliśmy do Morska, po drodze pomyliłem trasę i pojechaliśmy dłuższą trasą jadąc przez Włodowice.
Tutaj, żeby dostać pieczątkę z potwierdzeniem przejazdu, szukaliśmy sołtysa, kilka razy jadąc tam i z powrotem. Słońce zaczęło
przypiekać, więc na przystanku PKS-u przebraliśmy się w letnie stroje. Następnie przez Skarżyce i Żerkowice trafiliśmy do
Podzamcza i sporo czasu spędziliśmy na zwiedzaniu zamku Ogrodzieniec. Jest to prawdopodobnie najpiękniejszy zamek na trasie
Orlich Gniazd. Wejście na zamek kosztowało 8 PLN (6,50 ulgowe), i warto zdobyć się na ten drobny wydatek. Z Ogrodzieńca
trafiliśmy do Pilicy i od razu skierowaliśmy się pod klasycystyczny pałac, który niegdyś był zamkiem rycerskim. Z powodu
nieuregulowanej sytuacji majątkowej nikt nie podejmuje się jego remontu. W parku zamkowym Dawid złapał gumę, dojechaliśmy
na rynek i musiał się zająć wymianą dętki. Całe szczęście że posiadał zapasową, bo byśmy utknęli na dobre w mieście w którym
prawdopodobnie nie było sklepu rowerowego. Ja w tym czasie zająłem się drobnymi zakupami oraz podbiłem pieczątki. Najpierw
pomyliliśmy drogę do Morska, teraz guma - oznaczało to stratę ok. 1,5 h. Mimo tego pojechaliśmy do Udorza, w poszukiwaniu
kolejnego zamku, chociaż był nam nie po drodze. Stamtąd przez Kąpiele Wielkie pojechaliśmy na zamek w Smoleniu.
Zamek znajduje się na stromym, zalesionym wzgórzu. Pozostały po nim spore fragmenty muru, studnia oraz największa wieżyczka,
do której można się dostać przeciskając się przez dziurę (panuje tam temperatura niewiele powyżej zera). Odwiedziliśmy także
Ośrodek Edukacyjno-Naukowy Zespołu Parków Krajobrazowych, ale nie znaleźliśmy nikogo z obsługi, mimo otwartego biura.
Następnie przez Ryczów trafiliśmy do zamku w Bydlinie, gdzie zachowane są fragmenty murów i ścian. W Jaroszowcu wjechaliśmy
na główną trasę w stronę Olkusza. Zatrzymaliśmy się w Rabsztynie - kolejne ruiny zamku. Po Ogrodzieńcu, był to chyba
najładniejszy zamek jaki zwiedziliśmy. Ruiny zostały zabezpieczone przed skutkami upływu czasu a na fosie zbudowano nowy most.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, a nam pozostał ostatni odcinek do pokonania: Rabsztyn - Pieskowa Skała. Pogoda trochę się
pogorszyła, a droga przez Ojcowski Park Narodowy bardzo dłużyła. Jeszcze dzisiejszego ranka planowaliśmy zwiedzić zamek w ten
wieczór, jednak opóźnienia na trasie spowodowały, że nie zdążyliśmy przed zamknięciem zamku. Na tablicy informacyjnej zamku
widniała reklama pobliskiego gospodarstwa agroturystycznego, gdzie się zatrzymaliśmy na nocleg. Tego dnia zrobiliśmy 123 kilometry,
więc wykończeni, po kolacji, momentalnie zasnęliśmy.
Rankiem, po śniadaniu, zeszliśmy pieszo do zamku. Bilety (10 PLN normalne, 7 PLN ulgowe) kosztowały wiele, ale także
zobaczyliśmy dużo. Jest to jedyny tak doskonale zachowany zamek na szlaku Orlich Gniazd, chociaż nie robi takiego
wrażenia jak Ogrodzieniec czy Rabsztyn. Mieliśmy kolejne opóźnienie, ponieważ ten zamek miał być zwiedzony poprzedniego dnia,
w dodatku pogoda znów się psuje i pada deszcz. Obowiązkowe zdjęcia koło Maczugi Herkulesa i pomykamy do Ojcowa. Panuje
tu wielki ruch, ponieważ jest niedziela, więc turyści tłumnie odwiedzają kościoły w Ojcowie. My natomiast pojechaliśmy na kolejny
zamek. 2,20 PLN i 1,10 PLN ulgowe to niewygórowana cena za zwiedzenie zamku, jednak po wejściu okazało się że..
właściwie tu nic nie ma tylko sklepik - kasa biletowa, brama i wieżyczka:) Ale przynajmniej to dobry punkt widokowy na wąwóz.
Przejechaliśmy przez Bramę Krakowską i na skutek pomyłki trafiliśmy do miejscowości Biały Kościół. Niestety zmuszeni byliśmy
podróżować ruchliwą trasą, ale przynajmniej z tego miejsca roztaczał się ciekawy widok na Kraków. Pozostał nam ostatni zamek
do odwiedzenia podczas tej wyprawy - Korzkiew. I nie pierwszy na tym rajdzie zawód. Zamek w Korzkwi został zaadaptowany
na hotel i restaurację, nawet bez możliwości zwiedzenia.
Będąc w Januszowicach dostałem esemesa od koleżanki - Julii, która miała
nam sprawdzić osobowe wyjeżdżające z Krakowa do Gliwic. Okazało się że najbliższy pociąg rusza za 30 minut z Krakowa, więc nie mamy
szans dotrzeć tam na czas. Spojrzeliśmy na mapę i okazało się, że ten pociąg będzie jechał przez Zabierzów. Mieliśmy około
35 minut na dostanie się tam. Jednak odległość jaką musieliśmy pokonać w tym czasie była bardzo duża, w dodatku bez gwarancji na to,
że zdążymy. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się podjąć wyzwanie:) Jechaliśmy na złamanie karku po nieznanych nam wioskach.
Teren był ciągle pagórkowaty, więc jazda była bardzo męcząca. Miałem problemy z napędem w Meridzie - łańcuch był rozciągnięty a zębatki zużyte.
Na jednym z podjazdów spadł mi łańcuch. Udało mi się go założyć z powrotem, jednak kosztowało to
kolejne cenne sekundy. Ręce miałem całe oblepione smarem. Dojeżdżając do Zabierzowa krzykiem pytaliśmy się ludzi którędy na
dworzec, nawet nie zwalniając tempa. Musieliśmy przejść z rowerami przez tory, biorąc je na ramiona i biegiem skacząc po
schodach. Trafiliśmy na peron. Spoceni, spragnieni i wyczerpani ale szczęśliwi, bo w oddali widzieliśmy zbliżający się pociąg z
napisem: Gliwice. Jednak nasze uśmiechy zaczęły maleć ponieważ pociąg nie zwalniał! Przejechał obok z głośnym trąbieniem i prędko
zniknął z pola widzenia. Okazało się że to był to pociąg pośpieszny. Prosiłem Julię, by podała mi rozkład jazdy osobowych...
Przeżyliśmy wielki kryzys. Od siedzących obok kobiet dowiedzieliśmy się że na następnej stacji - w Rudawie - wszystkie pociągi
się zatrzymują. Czekały nas kolejne kilometry do przejechania. Żeby zdążyć na kolejny pociąg musieliśmy nadal trzymać dobre
tempo. Trafiliśmy na stację, wsiedliśmy do pociągu i wracaliśmy do Gliwic...